Nie lubię rozdrapywać ran

W Niemczech {b}Grzegorz Tkaczyk{/b} mieszka już ponad pięć lat, ale na grzyby chodzi tylko w Polsce. W ogóle Niemcy nie za bardzo mu się podobają, jednak tam jest najlepsza liga szczypiorniaka na świecie i tam Grzegorz spędzi przynajmniej najbliższe trzy lata. A już w przyszłym roku powiększy mu się rodzina!

15 grudnia 2007, 06:00..

| Aktualizacja 15 grudnia 2007, 06:00…

PRZEGLĄD SPORTOWY: Chyba trudno byłoby panu wyobrazić sobie lepszy rok od mijającego? GRZEGORZ TKACZYK: To fakt. Najpierw to niewiarygodne wicemistrzostwo świata, potem Puchar Federacji z Magdeburgiem,a jesienią Superpuchar i rewanż na Niemcach za finał MŚ. Fajnie, na pewno nie spodziewałem się, że będzie aż tak dobrze. Ale przyszły rok może być jeszcze lepszy. A wraca pan czasem myślami do mistrzostw? Tak, i to często. Im dalej od turnieju, tym bardziej sobie uświadamiam, jak wielkiej rzeczy dokonaliśmy. Tym bardziej, że nikt na nas nie stawiał. Ba, sami na siebie byśmy pewnie nie postawili. Jak sobie przypomnę mecze z Rosją czy Danią, to jeszcze mam gęsią skórę. Ależ to była walka! Do końca życia tego nie zapomnę. Chociaż wierzę, że czekają mnie jeszcze ważniejsze spotkania w jeszcze ważniejszych turniejach Z perspektywy czasu jest pan bardziej dumny ze srebra, czy zły na brak złota? Jestem dumny z drugiego miejsca, choć jest oczywiście sportowa złość z powodu przegranego finału. Ale nie jestem człowiekiem, który lubi grzebać w przeszłości i rozdrapywać rany. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zagramy w finale mistrzostw świata i wygramy go. Czy po mistrzostwach w pana życiu coś się zmieniło? Raczej nie. Jestem może bardziej popularny w Polsce. Rzadko bywam w kraju, ale zdarza się, że obcy ludzie podchodzą, gratulują, opowiadają o swoich emocjach. Sprawia mi to mnóstwo satysfakcji, bo bardzo chciałem dać rodakom takie pozytywne wrażenia. To niesamowita sprawa, móc sprawić swoją grą, że ludzie są szczęśliwi. Z Polski wyjechał pan w wieku21 lat. To bardzo wcześnie. Nie bał się pan? Bałem się, i to jak! Wcale nie byłem przekonany, że dobrze robię. Zawsze chciałem grać w Bundeslidze, choć nie spodziewałem się, że nastąpi to tak szybko. To było spełnienie marzeń, ale ja byłem wtedy prawie nastolatkiem. Wahałem się, ale wszyscy mnie namawiali do wyjazdu. Dobrze, że pojechałem z żoną Kingą, bo nie wyobrażam sobie, jak byłoby mi ciężko samemu. Choć i tak niebyło łatwo – inna kultura, język, mentalność ludzi. Mieszkamy tu już szósty rok, a ciągle się nie zaaklimatyzowaliśmy. Ale na grzyby to się pan chyba od czasu do czasu wybiera? A właśnie, że nie. Może trudno w to uwierzyć, ale jeszcze ani razu nie byłem tu na grzybach.Za to bardzo chętnie zbieram je, kiedy przyjadę do Polski. Najchętniej na Mazurach, w rodzinnych stronach mojego taty. O wędkowaniu w Niemczech też nie ma mowy, bo są potrzebne jakieś specjalne pozwolenia. Nie myśli pan czasem, że ze swoimi zdolnościami do sportu mógł pan zostać np. Piłkarzem i zarabiać dziesięć razy lepiej? Piłka nożna nigdy mnie nie kręciła. Za to siatkówka – jak najbardziej. W szkole podstawowej uprawiałem piłkę ręczną i właśnie siatkówkę. Rodzice bardzo namawiali mnie na ten drugi sport, ale jak zacząłem osiągać dobre wyniki w piłce ręcznej, to już nie miałem problemów, na co się zdecydować. Jednak jeśli miałbym uprawiać jakąś inną dyscyplinę sportu, to byłaby to właśnie siatkówka. Coraz bardziej popularna robi się plażowa odmiana piłki ręcznej. Gra pan na piasku? Dopiero w tym roku pierwszy raz zagrałem na piasku, zresztą razem z kolegą z reprezentacji Damianem Wleklakiem. Wystąpiliśmy w turnieju zorganizowanym przez kierownika naszej reprezentacji Marka Żabczyńskiego przy sopockim molo. Muszę powiedzieć, że to bardzo fajna zabawa, do tego piasek, słońce. No i byłem zaskoczony liczbą kibiców na trybunach. Oglądały nas prawdziwe tłumy. W Magdeburgu mieszka pan już ponad pięć lat. Denerwuje się pan zmianą miejsca zamieszkania? W końcu z Magdeburga do Mannheim jest kawał drogi. Nie denerwuję się przeprowadzką do Mannheim. W Magdeburgu ani ja, ani Kinga nie czuliśmy się dobrze i cieszymy się ze zmiany miasta. A często zdarzają się wam różnice zdań z żoną? Bardzo rzadko. Jesteśmy zgodnym małżeństwem. Zresztą od niedawna to już zupełnie nie mogę się żonie sprzeciwiać… A to dlaczego? Bo Kinga jest w ciąży! Jeszcze rzuciłaby na mnie urok i co wtedy? A tak poważnie, to bardzo się cieszymy. Nasi rodzice są wniebowzięci. Jest za wcześnie, żeby stwierdzić, czy to będzie chłopiec czy dziewczynka. Ale dla mnie najważniejsze, żeby dziecko było zdrowe. Żałuje pan czegoś w swoim życiu, w karierze sportowej? Tak. Żałuję, że pozostałem w SC Magdeburg o rok za długo. Ostatnio już tylko się tam męczyłem. Nie miałem przyjemności z gry. Nigdy nie powinienem dopuścić do takiej sytuacji, a tak się niestety stało. Zastanawiał się pan kiedyś, co mógłby robić, gdyby nagle musiał zakończyć karierę? Takie myśli odganiam jak najdalej od siebie. Jeśli ktoś za dużo myśli o kontuzjach, to one mu się przytrafiają. Nie, żebym był przesądny, bo żadne czarne koty ani piątek trzynastego na mnie wrażenia nie robią. Chociaż mam swoje rytuały. Na przykład, nigdy się nie golę przed meczem, a w drodze do hali zawsze zajeżdżam na stację po coś do picia. Przyszły rok będzie… Bardzo ciężki. Mistrzostwa Europy, Bundesliga, przeprowadzka do Mannheim, urodziny potomka, kwalifikacje do igrzysk i jeszcze, daj Boże, przygotowania i start w Pekinie. Sporo tego, ale igrzyska są moim wielkim marzeniem. Czekam na nie od początku kariery i zrobię wszystko, żeby w nich wystąpić. ROZMAWIAŁ WOJCIECH OSIŃSKI PRAWDA I FAŁSZ O TKACZYKU W kuchni czuję się jak ryba w wodzie. Fałsz. Jestem tam rzadkim gościem, słaby ze mnie kucharz. Ale jak już coś robię, to nie przypalam. Moje popisowe dania to spagetti i grzanki na jajku. Najwięcej pieniędzy wydaję na prezenty dla żony. Prawda. Nie są to może jakieś oszałamiające sumy, ale lubię jej sprawiać niespodzianki. Ostatnio kupiłem Kindze na urodziny ładny naszyjnik. Uwielbiam dyskoteki, bo jestem królem parkietu. Fałsz. Rzadko chodzę do takich lokali, a już na pewno nie jestem królem parkietu. Zresztą w Magdeburgu nie ma fajnych miejsc. Ale jak już pójdziemy gdzieś z żoną, to fajnie się bawimy. Z alkoholi najbardziej lubię whisky. Fałsz. Wolę piwo, zwłaszcza po meczu. Ale zawsze z umiarem. Chociaż whisky też nie gardzę, jednak raczej przy wyjątkowych okazjach, takich jak np. Świętowanie srebrnego medalu. Gdybym dostał rolę w filmie, chciałbym zagrać czarny charakter. Prawda. Jakoś nie pociągają mnie role pozytywnych bohaterów. A w kogo chciałbym się wcielić? Może w Hannibala Lectera z “Milczenia owiec”. Po mistrzostwach świata zacząłem dostawać romantyczne listy od fanek. Fałsz. Nie było takich sytuacji. Chyba wszystkie fanki już wiedzą, że od dawna jestem żonaty. Za to dostaję sporo listów z prośbą o zdjęcie z autografem. Moim wymarzonym klubem jest FC Barcelona. Prawda. Ten klub ma w nazwie jakąś magię, która działa na wyobraźnię. Marzą o nim piłkarze i szczypiorniści. Ja też chciałbym tam kiedyś zagrać i myślę, że to jest realne.

Explore more:  Z Niecieczy do Gdyni. Były obrońca Termaliki wzmocni beniaminka ekstraklasy

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.

Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.

Źródło:PrzegladSportowy.Pl.

Data utworzenia:.

15 grudnia 2007, 06:00..

Modric